Objawy FUNDACJA CLOWN przyczny. Czym jest jakich można spotkać w polskich szpitalach. Kilka razy w.

Czy pomocne?

Fundacja Clown leczenie

Definicja FUNDACJA CLOWN: To dewiza najśmieszniejszych i najzabawniejszych lekarzów, jakich można spotkać w polskich szpitalach. Kilka razy w tygodniu, na razie w pięciu dziecięcych warszawskich szpitalach, dzieci i rodziców uczą czarów i leczą poprzez śmiech i zabawę. Leczenie śmiechem to idea znana od stuleci. Już w czasach starożytnych doceniano uzdrawiającą rolę zabawy i śmiechu. Dzisiaj dowiedziono także, iż śmiech pomaga odreagować najgorsze stresy i frustracje. Na świecie profesjonalnie zaczęto wykorzystywać terapię śmiechem w latach 80. Wprowadzono ją do szpitali, hospicjów, placówek związanych z leczeniem. W Polsce zabawę i śmiech stosuje się jako terapię dopiero od 2 lat. Inicjatywa założenia takiej działalności przyszła do nas z Austrii. Tam podobne stowarzyszenie działa od 10 lat, a nazywa się "Czerwone Nosy". Najdłuższą tradycję leczenia śmiechem ma fundacja w Stanach Zjednoczonych - istnieje już powyżej 20 lat.Założeniem polskiej placówki jest wprowadzenie idei światowych fundacji, aczkolwiek w Polsce - tak jak w każdym innym państwie - Fundacja działa indywidualnie, dopasowując się do lokalnych potrzeb szpitali i przyzwyczajeń polskich dzieci.Takie były początki... - Istniejemy od lipca 1999 r., a pracę na oddziałach rozpoczęliśmy jesienią tamtego roku - opowiada Anna Czerniak, prezes zarządu Fundacji. - Latem daliśmy w gazecie ogłoszenie rozpoczynające nabór terapeutów. Od razu po-stawiliśmy na profesjonalistów. Poszukiwaliśmy lekarzy, psychologów, pedagogów szczególnych, a więc osób z wyższym wykształceniem, przygotowanych do pracy z chorymi, nieszczęśliwymi dziećmi. Zgłosiło się powyżej 150 osób. - Pamiętam, kiedy ukazało się to intrygujące ogłoszenie - wspomina same początki jedna z terapeutek, Dr Bursztynek, pedagog pracująca w ekipie od początku. - Poszukiwano osób z wykształceniem pedagogicznym i z artystycznymi zdolnościami czy upodobaniami. Zaciekawiło mnie, na czym ta robota będzie polegała. Tym bardziej iż ogłoszenie nie wyjaśniało wszystkiego, a brzmiało faktycznie tajemniczo. Dr Żwirek, również w Fundacji od początku, dodaje: - To było dla nas pewne zaskoczenie. Zupełnie nowa robota. Przedtem już co prawda pracowałam w szpitalu jako pedagog, lecz to nie to samo. Teraz po tych kilku latach prowadzę terapię w Fundacji z jeszcze większym entuzjazmem, ponieważ wiem, na czym ta działalność bazuje i bardzo mi się podoba taka forma leczenia.Odnaleźć w sobie klownaNiektórzy terapeuci pracują od początku istnienia Fundacji, inni odchodzą, zmieniają się. Przeważają eksperci pedagodzy, aczkolwiek tu jest również doktor pediatra, student rehabilitacji. Przewarzająca część pracuje na etatach, jednak zdarzają się wyjątki dla szczególnych klownów - Dr Brutka, ulubieniec dzieci, jeszcze studiuje i jest aktualny na zajęciach z dziećmi tylko kilka razy w miesiącu. Okazuje się, iż do tak specyficznej pracy nie wystarczy gruntowne wykształcenie. Potrzebne jest jeszcze bogate wnętrze, przepełnienie chęcią pomocy, zdolność rozbawiania innych - dodaje pani prezes. Nie bez znaczenia jest również opanowanie sztuczek iluzji. Wszystkim brak artystycznego przygotowania, a mają wcielać się w postać wesołego terapeuty i takie jest zadanie szkoleń, które odbywają - przyznaje pani prezes. Osobę terapeuty-klowna dopiero trzeba utworzyć.Cyrkowe sztuczkiZa szkolenie artystyczne terapeutów odpowiedzialna jest Anna Borkowska, a więc Dr Frotka, z wykształcenia pedagog szczególny. - Znalazła mnie Fundacja - wspomina ta energiczna, wesoła kobieta, była dyrektorka szkoły cyrkowej w Julinku. - Chodziło o to, by szkoła pomogła Fundacji w nauce cyrkowych sztuczek. Podobno, jak usłyszałam o pracy tej Fundacji, od razu mi zabłysły oczy. I tak dołączyłam do tego wesołego korowodu i stałam się odpowiedzialna za szkolenie cyrkowych zdolności. Zorganizowałam naukę żonglerki, kręcenia talerzy... iluzji, takie czary-mary. Trzeba przecież nauczyć się magicznych sztuczek, wszystkiego, co potrafi klown.- Pani Anna Borkowska - potwierdza Anna Czerniak - mogła wspomóc zajęcia własnymi cyrkowymi kolegami i uczniami, którzy chętnie pomagali terapeutom od strony artystycznej. Robili to za darmo, od siebie, również dając słowo poparcia dla idei Fundacji. Od września do listopada szkolili więc artystycznie klownów. Nie tylko w sztuce cyrkowej, lecz również od poważnej strony - terapią, melodią, bajką. W relacji do dzieci obłożnie chorych gdyż nie zawsze można wykorzystać szaloną zabawę - czasem trzeba dziecko wyciszyć, wywołać, tak aby się odprężyło, pogodziło ze własną sytuacją i dlatego jest potrzebna różnorodność środków. Terapeuci muszą w zależności od potrzeb dobierać właściwe sposoby.Liczy się pomysł- Widzę teraz, iż powinniśmy mieć przynajmniej trzy zawody - opowiada dalej Dr Frotka, która ma również fakultet cyrkowy, teatralny z elementami pantomimy. - I główne, tak aby rzeczywiście być pomocnym. Potrzebna jest zdolność improwizacji - coś, co jest trudno wyuczalne, a co w tej pracy zwyczajnie konieczne. Inwencja twórcza jest zresztą potrzebna klownom nie tylko do zabawy z dziećmi. Ich zadaniem jest również powstanie własnego wizerunku, stąd stroje klownów odrobinę się różnią. Kiedyś wszyscy zakładaliśmy białe fraki, lecz one za bardzo kojarzyły się małym pacjentom z lekarzami i zdecydowaliśmy się na bardziej zwykłe stroje - wspomina Dr Frotka. - Aktualnie mamy co prawda jednakowe żółte koszulki, lecz każdy terapeuta ma inne ozdoby i makijaż. Zresztą staramy się trochę zamieniać nasz wygląd. Najpierw, np., wykorzystywaliśmy bardzo kolorowe makijaże. Jednak doszliśmy do wniosku, iż zbyt agresywne malowanie twarzy nie jest dobre. Dzieci nie są przyzwyczajone do takiego wyglądu, istniało więc ryzyko, iż możemy je wystraszyć, szczególnie te młodsze. Mówiąc prawdę, przydałby się nam jeszcze kurs wizażu.Nie tylko zabawaTerapeuci na bieżąco decydują o sposobie prowadzenia zajęć w szpitalach na oddziałach, o akcesoriach, których mogą użyć do zabawy. A mogą żonglować, kręcić talerzami, czarować tak, by znikały elementy, modelować zwierzątka z balonów, rozdawać czerwone nosy dzieciom i proponować im, by poczuły się poprzez chwilę kolorowymi klownami. lecz nie tylko zabawa jest ich celem. Zadaniem klowna jest również porozmawiać, pocieszyć, pogłaskać, a nawet położyć zimny okład na czoło.- Sam kiedyś leżałem w szpitalu i wiem, jak może być smutno - przyznał w trakcie zabawy jeden ze wzruszonych rodziców.Kolorowy korowód- Kiedy wchodzimy na oddział, zawsze staramy się zorientować, jaka jest przypadek, czy są specjalne życzenia. Zajmujemy się po kolei wszystkimi dziećmi, a również wciągamy do zabawy rodziców. Niech poprzez chwilę zapomną o smutkach - opowiadają terapeuci.- Nie używamy imion ani nazwisk - mówią. - Jesteśmy dzieciom znani tylko z naszych pseud.ów: Dr Frotka, Dr Kropeczka, Dr Trusia, Dr Bursztynek, Dr Promyk, Dr Pompon, Dr Kulka, Dr Brutka... Zawsze pracujemy indywidualnie z dzieckiem, z jednym dłużej, z innym krócej. Nikogo nie zmuszamy, nie ponaglamy. Nasza robota to nie pokazy, lecz indywidualne rozmowy i zabawy. To my jesteśmy dla dzieci w szpitalu, a nie one są publicznością dla naszych występów.Mają w planach program na rzecz pomocy dzieciom z chorobą nowotworową i szkoleń artystycznych, psychopedagogicznych. Ostatnio był również prowadzony cykl szkoleń na temat terapii bajką. Dla dzieci do 10 lat obłożnie chorych bardzo sprawdza się ten rodzaj terapii. Pozwala na zaangażowanie, dzięki czemu dziecko zapomina o bólu.Radości i smutkiZajęcia z terapeutami odbywają się zawsze po południu, tak aby nie przeszkadzać lekarzom i szpitalnej szkole. - Chcemy uzupełniać mechanizm leczenia i pomagać, a nie przeszkadzać - przyznaje pani Anna Czerniak. - Dyrektorzy szpitali i pracownicy doceniają naszą chęć pomocy i profesjonalizm. Są otwarci na wszelakie inicjatywy. Kiedy widzą przygotowanie, punktualność, niezawodność, nie sprzeciwiają się, a wręcz cieszą i doceniają.- Nie jest tak, iż gdzieś lubimy pracować. To raczej zależy od dnia, od nastroju na sali, a nie od placówki - tłumaczy Dr Trusia. - Kiedy jesteśmy w szpitalu, czujemy sympatię wszystkich, ktoś wciąż nas pozdrawia, uśmiecha się. Gdy tworzymy kolorowy korowód, pozdrawiają nas również rodzice. Zagadują, zachęcają, tak aby ponownie wejść do sali, gdzie leżą mali pacjenci. Skrupulatnie pilnują, czy ich dzieci także zostały poprzez nas odwiedzone.- Nie jesteśmy już zaskoczeniem dla dzieci. Odwiedzamy szpitale w ściśle określone dni. Znają więc nas i czekają. Z niektórymi przewlekle chorymi dziećmi utrzymujemy kontakt faktycznie długo. Czasem - przyznaje Dr Trusia - znają one wszystkie nasze sztuczki tak dobrze, iż musimy obmyślać coraz to nowe, by móc je czymś mile zaskoczyć.- Mamy również już własne smutne wspomnienia - opowiadają Dr Frotka i Dr Żwirek regularnie pracujące ze sobą w parze. - Pamiętamy historię ciężko chorego chłopca. Z racji na stan jego zdrowia rzadko go odwiedzałyśmy. Kiedyś jednak poczuł się lepiej i było możliwe krótkie spotkanie. A wtedy on już po kilku próbach nauczył się kręcić talerzem zupełnie tak jak my. Widząc radość syna, jego rodzice zwołali dosłownie cały oddział, łącznie z ordynatorem. Wszyscy byli wzruszeni. Chłopiec był tak przejęty, dowartościowany, iż on także potrafi... Mimo iż spotkań z nim odbyło się faktycznie mało, jego szczęście zapadło nam w pamięci. Niestety, kolejnym wspólnie już go nie spotkaliśmy...Będzie dalszy ciągNa razie Fundacja działa tylko w Warszawie. Teraz pracuje 10 terapeutów. Zwykle pracują parami, chodząc od łożka do łóżka dziecka. W Warszawie odwiedzają pięć szpitali - Centrum Zdrowia Dziecka, Instytut Matki i Dziecka, Szpital Kliniczny AM przy ul. Litewskiej, Szpital Kliniczny przy ul. Działdowskiej, Oddział Dziecięcy Szpitala Dermatologicznego na Lesznie i pięć placówek szczególnych - przedszkoli i szkół, sporadycznie domy dziecka. W planach, jak przyznaje pani prezes, mają również rozwój placówek w innych miastach - we Wrocławiu, Sosnowcu, Krakowie.- Mam nadzieję, iż te trzy oddziały powstaną jeszcze w tym roku - zapewnia pani prezes. - Mamy tam już osoby, które mogłyby rozpocząć pracę w szpitalach, lecz na razie brakuje nam środków na rozruch pełną parą. Jesteśmy organizacją w pełni sponsorowaną, nie mamy dochodów z działalności gospodarczej. wciąż więc zastanawiamy się, czy starczy nam środków na nowe inicjatywy. lecz mimo niepewnej sytuacji stawiamy w dalszym ciągu na profesjonalistów, a nie, np., na wolontariuszy.Wyjątkiem są jednorazowe akcje. Kiedyś w zbiórce pieniędzy w ZOO pomagali nam uczniowie z LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza. Zresztą nawet szpital mógłby nie zgodzić się na wolontariat na taką skalę, jak tego byśmy chcieli. Nasza robota musi mieć ramy prawne, administracyjne, a oprócz tego przy wolontariacie mogłyby zdarzyć się spóźnienia, różne uchybienia. Nie mielibyśmy ponadto pełnej kontroli nad postępem naszej Fundacji, a zależy nam na profesjonalizmie. Tu nie może być jakichkolwiek wpadek. Dzieci przecież czekają
Skomentuj, zadaj pytanie lekarzowi:
Opinie, pytania i komentarze 0
  • Zostań pierwszą osobą, która skomentuje ten wpis.